Coś jasnego musnęło moje oczy i przebudziłam się z wspaniałego snu. W pierwszej chwili myślałam, że to zaklęcie Lumos rzucone przez któreś że służących by mnie obudzić, ale kiedy się ocknęłam zrozumiałam, że to promienie słońca łaskoczą moją twarz przez szybę. Kufer obok łóżka był częściowo zapakowany, na machoniowym drewnie widniała srebrna tabliczka z wygrawerowanym moim imieniem i herbem rodu Black. A więc dzisiaj jest dzień moich pierwszych zakupów na ulicy Pokątnej. Dziś wybierze mnie różdżka! Ciekawe jaka będzie, oby nie była tak dziwnie wykrzywiona jak ta Bellatrix, serio patrząc na jej różdżkę mam wrażenie, że zaraz się złamie...lepiej też by nie była tak mało elegancka jak Andromedy. Podekscytowana podeszłam do okna i rozsunełam jedwabne kotary. Właśnie w tym momencie słońce zalało mój pokój. Przypominając sobie wczoraj poznanych rówieśników albo prawie rówieśników chichocząc zrobiłam piruet na środku mojej sypialni. W tym samym momencie posłyszałam lekkie pukanie do drzwi.
-Kto tam?- zapytałam starając przestać śmiać się jak jakaś zkretyniała szlama. Jednak w moim upartym głosie wyczuwalna była nuta śmiechu.
-Dzień dobry, panienko Black. Mam nadzieję, że dobrze panienka spała.
Głos należał do Tiany Foxert, jednej z najnowszego nabytku rodziców jeśli chodzi o służbę. Nim zdąrzyłam cokolwiek jej odpowiedzieć, stała już w otwartych drzwiach, trzymając różdżkę w górze. Nad jej głową lewitowało ułożone w kostkę moje ubranie na dzisiejszy dzień.
-Owszem dobrze spałam. Gdzie są moi rodzice?-zapytałam pośpiesznie.
-Państwo Black znajdują się w jadalni i jedzą śniadanie. Czy panienka ma jakieś specjalne życzenie?
-A i owszem, chcę brioche.- rzuciłam zabierając jej moje ubrania i udałam się do łazienki.
**********
Szłam tuż za rodzicami, razem z Andromędą pochłaniając wzrokiem ulicę pokątną, Bellatrix spotkała po drodzę swoich znajomych i odłączyła się od nas. W sumie cieszyłam się z tego, nikt nie będzie głupio komentował moich dzisiejszych poczynań. Mijani czarodzieje kłaniali nam się z szaczunkiem, niektórym odpowiadaliśmy skinieniem głowy innych ignorowaliśmy. Tata zawsze powtarzał, że należy odpowiadać tylko tym z naszej niszy społecznej, a na innych nawet nie warto spojrzeć, bo są niczym robaki. Obślizge, ochydne robaki, które chcą przypodobać się mugolom. Od najwcześniejszego dzieciństwa było mi wiadome kto jest warty uwagi, a kto nawet złamanego galeona.
-Trackley.- prychnął pogardliwie tata na niskiego szczurowatego mężczyznę, który z nabożną czcią musnął wargami kraniec szaty ojca. Mama spojrzała się na tego łysiejącego czarodzieja jak na coś co przykleiło się do jej obcasa.
-A to szlachetne panienki.- przybliżył się na klęczkach by ująć moją i Andromedy dłoń, jednak ja idąc za przykładem rodziców zmierzyłam go zdegustowanym spojrzeniem i odrąciłam jego ręce. Może mój ruch był zbyt gwałtowny, bo z mojego palca zsunął się srebrny pierścionek i potoczył się pod nogi jakiegoś chłopaka opartego o sklep Olivandera z różdżkami. Powoli podniósł go z kamienistej drogi, otrzepał z kurzu i dokładnie obejrzał ze wszystkich stron. Przejechał palcem po wygrawerowanej inkanacji. Po krótkiej chwili brunet podniósł wzrok z nad mojej własności, w szmaragdowych oczach pojawił się błysk, nieznacznie się uśmiechnął, ułożył pierścionek w swoich palcach tak bym go doskonale widziała. Obejrzałam się na moją rodzinkę, rodzice nadal próbowali pozbyt się tego natręta, a Andromeda...no właśnie nie wiem gdzie znikła. Powoli oddychałam, muszę oddzyskać moją własność. Nawet nie chcę myśleć co by było gdyby rodzice dowiedzieli się,że zgubiłabym prezent od nich. Jeszcze raz obejrzałam się przez ramię na rodziców, uniosłam dumnie głowę i wytwornym krokiem ruszyłam w kierunku tego chłopaka z rozmierzwioną fryzurą, na jego szacie widniał herb jego rodu, czyli musi mieć szlachetne korzenie. Dziwne nie pamiętam go ze swojego bankietu sprzed tygodnia.
-Narcyza Dalila Black.- powiedział z uśmiechem obracając w palcach mój pierścionek. -Piękne imię, dla dziewczyny z szlachetnego rodu.
-Dziękuję, widzę, że masz moją własność.. - nie bawiąc się z nim w subtelności wyciągnęłam ręke po pierścień.
-Nie chcesz wiedzieć kto ochronił to cudeńko od zgubienia się?- podrzucał do góry mój prezent od rodziców, promienie słońca przechodziły przez szmaragd tworząc smugi na kamienistym podłożu.
-Szczerze mówiąc nie za specjalnie. Gdybyś był kimś istotnym to napewno bym cię znała, a teraz możesz odać to co moje?- wyciągnęłam dłoń po pierścień, naprawdę nie miałam ani czasu ani tym bardziej ochoty na czcze pogawędki z osobą wątpliwego statusu.
-Wiesz, jesteś bardzo miła.- westknął -Zupełnie jak oberwanie tłuczkiem.
Wzruszyłam ramionami, lista rzeczy jaka nie jestem zaczynała się właściwie na słowie ''miła'' a kończyła gdzieś w okolicach ''słodka''.
-James!!!- z oddali usłyszałam znajomy głos, obejrzałam się przez ramię i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam zbliżającego się ku nam Syriusza. Wyglądał...Merlinie, i ktoś taki jest ze mną spokrewniony..chańba.. Wyglądał jak mugol, jedyne co wskazywało na jego przynależność do uprzywilejowanej strefy to herb naszego rodu na szacie.
-ŁAPA!- wrzasnął na powitanie brunet z rozmierzwioną fryzurą nadal trzymając w ręcę mój pierścionek. Syriusz mrugnął zdziwiony moim widokiem, poczym uśmiechnął się szeroko i objął mnie wbijając wzrok w bruneta.
-Witaj KUZYNKO. Nie wiedziałem, że znasz Jamesa Reynerdera Pottera.
-Tak właściwie to nie znam i niezbyt chcę poznawać. Próbuję jedynie odzyskać pierścionek.-powiedziałam sztywniejąc w jego uścisku. Co prawda Syri, jest moim kuzynem co oznacza, że płynie w nas ta sama szlachetna krew, ale spójrzmy prawdzie w oczy więcej nas dzieli niż łączy. Hmmm jeśli jest tu Syriusz to gdzieś w pobliżu musi być też Regulus. Starszy kuzyn zdawał się odgadnąć tą moją myśl gdyż zaraz mruknął -Reguś stoi tam przy starszych. Wujaszek Cygnus tak właściwie cię kochana Cyziu szuka.
Spojrzałam się na niego z mieszanką uczuć, byłam zarówno zła jak i zaniepokojona.
-Syriuszu Natanielu III Black nigdy nie mów do mnie per Cyzia. Po za tym możesz powiedzieć swojemu przyjacielowi by oddał mi co moje, bo jak słusznie zauważyłeś rodzice się o mnie niepokoją.
Syriusz i ten cały Potter zamrugali zdziwieni poważnym tonem mojego głosu. Potter bez słowa położył pierścionek na mojej dłoni. Odeszłam nawet raz się nie oglądając. Niezbyt obchodziły mnie szepty tego Pottera, skrzywiłam się na samo wspomnienie ponad godzinnego użerania się z nim, o opinie od takich jak on niedbam i szczerze ma w tym jednym racje to jest więcej niż pewne, że trafię do Slytherinu. Oczami wyobraźni już widziałam siebie w srebno-zielonym krawacie i wężem w herbie naszytym na szatę. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Slytherin tak samo jak wszystko inne powiązane z moim statusem był mi pisany w gwiazdach na długo przed moimi narodzinami. Szłam kamienistym chodnikiem omijając żebrzące szlamy, zawsze byłam uczona, że tacy obywatele drugiej kategorii niezasługują nawet na najmniejsze spojrzenie... Jednak ja jako ciekawska arystokratka rzuciłam co prawda pogardliwe spojrzenie i natychmiast tego pożałowałam. Moje oczy nie były przyzwyczajone do takiego obrazu, od najmłodszych lat chowałam się w luksusie tzw. wyższych sfer, nawet kołyskę miałam srebrną...a tym czasem zobaczyłam obraz nędzy i rozpatrzy. Przełknęłam ślinę, przed mną na jakieś starej podziurawionej szmacie klęczała niebieskowłosa kobieta w ubraniu, które było w nie wiele lepszym stanie, zaś w ramionach tuliła dziecko, któremu co chwilę zmieniał się kolor włosów. Metamorfomadzy. Sporo o nich słyszałam ale jeszcze nigdy żadnego nie spotkałam. Niepowinnam, ale jednak się zatrzymałam. Nie wiem czy było to spowodowane ciekawością na temat metamorfomagów czy szokiem na to, że istnieją takie warstwy społeczne jak nędznicy. Kobieta podniosła na mnie wzrok, który wyrażał sprzeczne emocje, pokazywał zarówno strach jak i nadzieje... Dziwne czyżby się mnie bała? Mam przecież tylko jedenaście lat i nawet jeszcze nie kupiłam swojej pierwszej różdżki. Dziecko w jej ramionach opatulone czymś co wyglądało jak kawałek tego czegoś co mugole kładą czasem na ziemię nie wiem w jakim celu przecież ziemia się nie przeziębi, ale zostawmy temat mugoli w spokoju mama mówi, że nie są warci nawet złamanego galeona, zaczęło cicho popłakiwać. Przekrzywiłam głowę, oparłam ręcę na biodrach pozwoliłam by czarodzieje, którzy byli w zasięgu słuchu odeszli tak by nikt niczego nie słyszał.
-Czy pani jest metamorfomagiem?- tak wiem naiwnie spytałam. Kobieta tylko skiwnęła głową, nadal patrzyła na mnie z mieszanką emocji w oczach, które nagle zmieniły jak na potwierdzenie słów barwę na fioletowe.
-Ono też?- wskazałam głową na dziecko. Odpowiedziała mi skiwnięciem.
-Czy jesteście mugolakami...?- tym razem zaprzeczyła -to czemu pani tu jest jak szlama?
-To długa historia jasnowłosa panienko...
poniedziałek, 17 sierpnia 2015
Ulica Pokątna
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz